Moje
pierwsze mieszkanie wyglądało tak, jak opisywał Marek Krajewski w swoim tekście
„Normalnie substandardowo”, czyli: stare, niedopasowane meble, takie jak
kanapotapczan, czy ławostół, malutka łazienka z uproszoną po trzech latach
mieszkania tam pralką i boazeria na ścianie w holu. W pokojach: brudne,
nierówne ściany w brzydkim, żółtym kolorze i stare okna do kompletu.
Niewątpliwie brakowało w tym jakiejś harmonii. Klimat był iście PRL-owski.
Właścicielką
była starsza pani, której nie szczególnie zależało na tym, by doprowadzić
mieszkanie do lepszego stanu i wyposażyć w nowsze sprzęty. Prawdopodobnie, tak
jak napisał Krajewski, nie miała zaufania do najemców, zwłaszcza studentów.
Swoje mieszkanie zamieniła „w składowiska obiektów niepotrzebnych (…) uznanych
za wpółśmieci”. Przynajmniej była sprawiedliwa w ocenie kosztów najmu. Jak na
lokal mieszczący się w samym centrum Krakowa, opłaty były bardzo niskie. Można
więc było przymknąć oko na jego stan.
Ogólna
sytuacja mieszkań na rynku polskim wygląda niezbyt kolorowo. Ze względu na
niskie zarobki, czy wysokie bezrobocie, nie stać nas, na własne mieszkanie. Tylko
30% Polaków jest właścicielami własnych mieszkań, a prawie 20% z nich obciąża
kredyt hipoteczny. Samo wynajmowanie również jest kosztowne. Pod tym względem,
w krajach europejskich, tylko w Rumunii jest gorzej. W takiej sytuacji radzimy
sobie wynajmując mieszkanie z innymi ludźmi – przyjaciółmi, znajomymi z pracy.
Nawet wtedy, pokoje-jedynki stanowią luksus. Dane pokazują, że 35% Polaków
dzieli pokój, z co najmniej jedną osobą.
Ja
mieszkałam w pokoju trzyosobowym. W mieszkaniu był jeszcze jeden pokój –
jedynka. Dzielenie wynajmowanego mieszkania z obcymi ludźmi może być dobrym
rozwiązaniem, ale nie na dłuższą metę. Człowiek pragnie stabilizacji, poczucia
bezpieczeństwa i posiadania czegoś na własność. Obcy ludzie, nieswoje meble i
mała powierzchnia prywatna (ograniczająca się do własnego łóżka i biurka) nie
budują komfortu. A jednak… można się przyzwyczaić. Zanim poszłam na studia,
mieszkałam w dużym, prywatnym domu, w którym miałam własny pokój. Prywatność i
własna strefa komfortu była dla czymś oczywistym, zatem przestawienie na
mieszkanie z zupełnie obcymi osobami w jednym mieszkaniu, a nawet pokoju i to
na małej powierzchni było dosyć trudne.
Lokatorzy
– to kolejny aspekt życia w wynajmowanym mieszkaniu, zwłaszcza w okresie
studiów. Krajewski opisuje, że „dodatkowym kosztem mieszkania nie na swoim jest właśnie konieczność życia
cudzym życiem, doświadczania na co dzień cudzych nawyków i przyzwyczajeń”. O
ile wygląd mieszkania można zignorować, o tyle współlokatorów ignorować się nie
da. A ludzie potrafią mieć naprawdę różne charaktery. Ciężko nam się było
dogadać. Ja jednak przyzwyczaiłam się do tego miejsca. I do trybu życia innych
lokatorów. Zanim się spostrzegłam wyrażenie „wracam na mieszkanie” zostało
przeze mnie zamienione na „wracam do domu”. Co przez jakiś czas moi rodzice
przyjmowali z oburzeniem – dom ma się przecież jeden i na pewno nie jest to
mieszkanie w Krakowie.
Aktualnie
od paru miesięcy mieszkam w zupełnie innym wynajmowanym mieszkaniu, tym razem
nie z obcymi ludźmi, ale z chłopakiem. Standard mieszkania o wiele lepszy –
nowoczesne budownictwo i wystrój, własne meble, okolica spokojniejsza. Tutaj
faktycznie mogę powiedzieć, że czuję się jak u siebie w domu i nie jest to
podyktowane jedynie przyzwyczajeniem. A że mieszkanie nie należy do mnie? Nie
uważam tego za problem, wręcz przeciwnie. Nie wzięłabym kredytu hipotecznego i
nie zadłużyłabym się na co najmniej dwadzieścia lat tylko po to, by mieć
mieszkanie na własność. To nie daje moim zdaniem poczucia bezpieczeństwa, tylko
stawia na niepewnym gruncie i konieczności spłacania kredytu. Nie marzy mi się
też mieszkanie na wsi, w jednorodzinnym domu, w którym de facto zostałam
wychowana. Prywatny dom pociąga za sobą większe koszty – na przykład ogrzewania
i więcej pracy trzeba włożyć w jego utrzymanie.
Teraz
mieszkam w miejscu, które sama sobie wybrałam. W okolicy, która mi się podoba i
z osobą, która jest mi bliska. Czuję się bezpiecznie i komfortowo, wreszcie
czuję się jak u siebie. Stałe mieszkanie to jednak zobowiązanie, do którego ja,
jako młody człowiek podchodzę z rezerwą. Kto wie, czy za pięć lat nadal będę
chciała mieszkać w Krakowie? A może znajdę pracę gdzieś indziej? Lepiej być
elastycznym. Myślę więc, że można czuć się w wynajętym mieszkaniu, jak u siebie
w domu. Wszystko zależy od tego jak wygląda to miejsce, gdzie się znajduje i z
kim mieszkamy. Każdy człowiek ma inną wizję swojego domu. Dlatego zgadzam się
ze stwierdzeniem Krajewskiego, że „dom jest przecież nasz, a więc to, gdzie się
on znajduje, jak jest urządzony, jak się w nim żyje, zależy tylko od nas, a nie
od różnorodnych przymusów strukturalnych, którym podlegamy”.
Katarzyna Andruszko
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz