środa, 17 stycznia 2018

Czy w wynajętym mieszkaniu jesteśmy u siebie?




Temat tej notki jest równocześnie bardzo mi bliski – odkąd studiuję, mam przyjemność mieszkać w wynajętym mieszkaniu, jak i przywołuje wiele wspomnień, które zachęciły mnie do refleksji. Czy odkąd zamieszkałam w Krakowie, kiedykolwiek poczułam się w mieszkaniu jak u siebie w domu? Odpowiedź nie jest taka prosta.
Moje pierwsze mieszkanie wyglądało tak, jak opisywał Marek Krajewski w swoim tekście „Normalnie substandardowo”, czyli: stare, niedopasowane meble, takie jak kanapotapczan, czy ławostół, malutka łazienka z uproszoną po trzech latach mieszkania tam pralką i boazeria na ścianie w holu. W pokojach: brudne, nierówne ściany w brzydkim, żółtym kolorze i stare okna do kompletu. Niewątpliwie brakowało w tym jakiejś harmonii. Klimat był iście PRL-owski.
Właścicielką była starsza pani, której nie szczególnie zależało na tym, by doprowadzić mieszkanie do lepszego stanu i wyposażyć w nowsze sprzęty. Prawdopodobnie, tak jak napisał Krajewski, nie miała zaufania do najemców, zwłaszcza studentów. Swoje mieszkanie zamieniła „w składowiska obiektów niepotrzebnych (…) uznanych za wpółśmieci”. Przynajmniej była sprawiedliwa w ocenie kosztów najmu. Jak na lokal mieszczący się w samym centrum Krakowa, opłaty były bardzo niskie. Można więc było przymknąć oko na jego stan.
Ogólna sytuacja mieszkań na rynku polskim wygląda niezbyt kolorowo. Ze względu na niskie zarobki, czy wysokie bezrobocie, nie stać nas, na własne mieszkanie. Tylko 30% Polaków jest właścicielami własnych mieszkań, a prawie 20% z nich obciąża kredyt hipoteczny. Samo wynajmowanie również jest kosztowne. Pod tym względem, w krajach europejskich, tylko w Rumunii jest gorzej. W takiej sytuacji radzimy sobie wynajmując mieszkanie z innymi ludźmi – przyjaciółmi, znajomymi z pracy. Nawet wtedy, pokoje-jedynki stanowią luksus. Dane pokazują, że 35% Polaków dzieli pokój, z co najmniej jedną osobą.
Ja mieszkałam w pokoju trzyosobowym. W mieszkaniu był jeszcze jeden pokój – jedynka. Dzielenie wynajmowanego mieszkania z obcymi ludźmi może być dobrym rozwiązaniem, ale nie na dłuższą metę. Człowiek pragnie stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa i posiadania czegoś na własność. Obcy ludzie, nieswoje meble i mała powierzchnia prywatna (ograniczająca się do własnego łóżka i biurka) nie budują komfortu. A jednak… można się przyzwyczaić. Zanim poszłam na studia, mieszkałam w dużym, prywatnym domu, w którym miałam własny pokój. Prywatność i własna strefa komfortu była dla czymś oczywistym, zatem przestawienie na mieszkanie z zupełnie obcymi osobami w jednym mieszkaniu, a nawet pokoju i to na małej powierzchni było dosyć trudne.
Lokatorzy – to kolejny aspekt życia w wynajmowanym mieszkaniu, zwłaszcza w okresie studiów. Krajewski opisuje, że „dodatkowym kosztem mieszkania nie na swoim jest właśnie konieczność życia cudzym życiem, doświadczania na co dzień cudzych nawyków i przyzwyczajeń”. O ile wygląd mieszkania można zignorować, o tyle współlokatorów ignorować się nie da. A ludzie potrafią mieć naprawdę różne charaktery. Ciężko nam się było dogadać. Ja jednak przyzwyczaiłam się do tego miejsca. I do trybu życia innych lokatorów. Zanim się spostrzegłam wyrażenie „wracam na mieszkanie” zostało przeze mnie zamienione na „wracam do domu”. Co przez jakiś czas moi rodzice przyjmowali z oburzeniem – dom ma się przecież jeden i na pewno nie jest to mieszkanie w Krakowie.
Aktualnie od paru miesięcy mieszkam w zupełnie innym wynajmowanym mieszkaniu, tym razem nie z obcymi ludźmi, ale z chłopakiem. Standard mieszkania o wiele lepszy – nowoczesne budownictwo i wystrój, własne meble, okolica spokojniejsza. Tutaj faktycznie mogę powiedzieć, że czuję się jak u siebie w domu i nie jest to podyktowane jedynie przyzwyczajeniem. A że mieszkanie nie należy do mnie? Nie uważam tego za problem, wręcz przeciwnie. Nie wzięłabym kredytu hipotecznego i nie zadłużyłabym się na co najmniej dwadzieścia lat tylko po to, by mieć mieszkanie na własność. To nie daje moim zdaniem poczucia bezpieczeństwa, tylko stawia na niepewnym gruncie i konieczności spłacania kredytu. Nie marzy mi się też mieszkanie na wsi, w jednorodzinnym domu, w którym de facto zostałam wychowana. Prywatny dom pociąga za sobą większe koszty – na przykład ogrzewania i więcej pracy trzeba włożyć w jego utrzymanie.
Teraz mieszkam w miejscu, które sama sobie wybrałam. W okolicy, która mi się podoba i z osobą, która jest mi bliska. Czuję się bezpiecznie i komfortowo, wreszcie czuję się jak u siebie. Stałe mieszkanie to jednak zobowiązanie, do którego ja, jako młody człowiek podchodzę z rezerwą. Kto wie, czy za pięć lat nadal będę chciała mieszkać w Krakowie? A może znajdę pracę gdzieś indziej? Lepiej być elastycznym. Myślę więc, że można czuć się w wynajętym mieszkaniu, jak u siebie w domu. Wszystko zależy od tego jak wygląda to miejsce, gdzie się znajduje i z kim mieszkamy. Każdy człowiek ma inną wizję swojego domu. Dlatego zgadzam się ze stwierdzeniem Krajewskiego, że „dom jest przecież nasz, a więc to, gdzie się on znajduje, jak jest urządzony, jak się w nim żyje, zależy tylko od nas, a nie od różnorodnych przymusów strukturalnych, którym podlegamy”.
Katarzyna Andruszko 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz